Psikus
To suplement do tegorocznego wpisu o Halloween.
Chciałam napisać, że wszystko się udało. No dobra, prawie wszystko.
Najstarsza upiekła ciastka o grobowym kolorze i w kształcie nietoperzy, duchów, kotów oraz nagrobków (były też bułeczki dyniowe, ale szybko zniknęły). Naczynia napełniono cieczami (to czerwone to sok malinowy, bo czas grypowy).

Nim zapadł zmrok udałam się z ochotnikami do sklepu po cukierki. Kiedy wracaliśmy, przeszliśmy na drugą stronę ulicy i wtedy nagle zza prawie bezlistnych drzew wyłoniło się blade światło:

Niby nic, ale strach był. Kto to słyszał, żeby w Halloween tak dawać po oczach i to krzyżem? Ja poproszę o taką iluminację w długie zimowe wieczory, czasami mgliste, kiedy naprawdę światło jest potrzebne. Błądzącym w ciemnościach.
Młodzież najstarsza, w liczbie 3 postanowiła ulotnić się do swojego towarzystwa lub do pracy. Młodzież młodsza rozsiadła się przed ekranem, gdzie zaplanowaliśmy "Miasteczko Halloween" Tima Burtona (1993). Dyńki wyrzeźbione przez Najstarszą po sesji fotograficznej wystawiłam na balkony. Słodycze przyozdobione garścią świecących w ciemnościach pająków wyjechały na stół oraz do koszyczka dla odwiedzających.
I wtedy przyszedł mi do głowy taki pomysł:

Najpierw wystraszyłam dzieci własne. No nie spodziewały się tego po mamieszóstki. Ale na tym nie koniec.
Kiedy zamykałam drzwi za Najstarszym, zdążającym na halloweenową imprę, usłyszałam tupot na schodach. TAK, zobaczyli mnie. Wahałam się z koszykiem z cukierkami w rękach, czy otworzyć drzwi drugi raz. Na klatce schodowej usłyszałam stłumione szepty:
- Ale tu jeszcze nie byliśmy...
- Dobra, idziemy dalej...
I poszli. Było ich z ośmioro i mieli naprawdę fajne stroje (widziałam przyczajona w oknie za zasłonką). A w tym roku mało ich było. Sorry, taki mamy klimat.
Boszsz... Nie wiedziałam, że jestem taka strrrraszna.
Chciałam napisać, że wszystko się udało. No dobra, prawie wszystko.
Najstarsza upiekła ciastka o grobowym kolorze i w kształcie nietoperzy, duchów, kotów oraz nagrobków (były też bułeczki dyniowe, ale szybko zniknęły). Naczynia napełniono cieczami (to czerwone to sok malinowy, bo czas grypowy).
Nim zapadł zmrok udałam się z ochotnikami do sklepu po cukierki. Kiedy wracaliśmy, przeszliśmy na drugą stronę ulicy i wtedy nagle zza prawie bezlistnych drzew wyłoniło się blade światło:
Niby nic, ale strach był. Kto to słyszał, żeby w Halloween tak dawać po oczach i to krzyżem? Ja poproszę o taką iluminację w długie zimowe wieczory, czasami mgliste, kiedy naprawdę światło jest potrzebne. Błądzącym w ciemnościach.
Młodzież najstarsza, w liczbie 3 postanowiła ulotnić się do swojego towarzystwa lub do pracy. Młodzież młodsza rozsiadła się przed ekranem, gdzie zaplanowaliśmy "Miasteczko Halloween" Tima Burtona (1993). Dyńki wyrzeźbione przez Najstarszą po sesji fotograficznej wystawiłam na balkony. Słodycze przyozdobione garścią świecących w ciemnościach pająków wyjechały na stół oraz do koszyczka dla odwiedzających.
I wtedy przyszedł mi do głowy taki pomysł:
Najpierw wystraszyłam dzieci własne. No nie spodziewały się tego po mamieszóstki. Ale na tym nie koniec.
Kiedy zamykałam drzwi za Najstarszym, zdążającym na halloweenową imprę, usłyszałam tupot na schodach. TAK, zobaczyli mnie. Wahałam się z koszykiem z cukierkami w rękach, czy otworzyć drzwi drugi raz. Na klatce schodowej usłyszałam stłumione szepty:
- Ale tu jeszcze nie byliśmy...
- Dobra, idziemy dalej...
I poszli. Było ich z ośmioro i mieli naprawdę fajne stroje (widziałam przyczajona w oknie za zasłonką). A w tym roku mało ich było. Sorry, taki mamy klimat.
Boszsz... Nie wiedziałam, że jestem taka strrrraszna.
Komentarze
Prześlij komentarz