Halloween zakazane
Jedna rzecz mnie zastanowiła tej jesieni, w związku ze zmianami politycznymi, niewykluczona.
Halloween może zostać zakazane, ponieważ niesie ze sobą niejasny przekaz. Jest tam coś o diable, śmierci i czarownicach, więc na pewno jest złe. Bo przecież niewielu ludzi wie, że charakter tego święta jest narzucony po części chrześcijańską i w dodatku katolicką tradycją. I niewielu wie, że kolebką Halloween była Europa, a nie Ameryka. Ani, że nazwa tego święta to w tłumaczeniu "Wigilia Wszystkich Świętych".

Bez wątpienia święto to ma pochodzenie pogańskie, przedchrystusowe i związane jest z celtycką tradycją świętowania końca roku, który nadchodził wraz z równonocą jesienną. Gdy zagoniono wszystkie stada pod dach, zebrano z pól plony, przychodził czas zabawy - 31 października. Był to wielki festiwal życia i radości oraz święto plonów - Samhain -czerwony jak krew, płomienny jak ogień. Rytualnie ubijano zwierzęta, które mogły zimy nie przetrwać, ale póki co mogły nakarmić świętujących. Przez kilka dni płonęły ogniska, ludzie jedli, bawili się - Samhain to ostatnia wielka feta przed zimną i ciemną połową roku, którą rządziły śmierć, chłód, głód i pustka.
I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie chrześcijanie. All Hallows Eve (wigilia Święta Zmarłych) - to nazwa, którą zaczęto określać 31 października już w piątym wieku naszej ery. W skróconej formie "Halloween" przetrwało do dziś, mieszając w sobie dwie zupełnie różne tradycje, ale jedną, wspólną mądrość ludową - świadomość przemijania. 1 listopada Kościół katolicki uchwalił dniem przeznaczonym na czczenie własnych świętych. Ale 2 listopada stał się dniem, kiedy można było wstawić się modlitwą za zbawienie dusz zwykłych ludzi, swoich bliskich, niekoniecznie świętych zmarłych. Od drzwi do drzwi, od zagrody do zagrody 2 listopada chadzali ci, którzy w zamian za poczęstunek obiecywali modlitwę za tych członków rodzin gospodarzy, którzy odeszli z tego świata. Czy rzeczywiście obietnicę spełniali czy nie - pewności nie ma - była to jednak jakaś forma zarobku, drobna usługa czy przysługa, którą zajęci przygotowaniami do zimy gospodarze chętnie opłacali. Może po to, by kiedyś za nich ktoś też pobożnie odmówił parę słów. Skoro chrześcijanie twierdzą, że dusza nim dojdzie do nieba jest w zawieszeniu, ni tu, ni tam - i tylko modlitwy jej trzeba - takiej za "co łaska" - kawałek ciasta, kosz jabłek czy drobną monetę - żal było nie zainwestować.
Stan zawieszenia wyznawcy religii starszych od chrześcijaństwa znali od wieków. Te wszystkie błąkające się dusze: na wpół umarli, zombie, ghule czy inne zmory nękające i straszące uczciwych ludzi po zmroku w długie jesienne i zimowe wieczory nie brały się znikąd. Wierzono, że na przełomie lata (kończącego się 31 października) i zimy (rozpoczynającej się 1 listopada) następuje noc chaosu i bezkrólewia, kiedy umarli mogą wydostać się z grobów, a nawet znaleźć sobie żywiciela, który pozwoli im przetrwać jeszcze sezon czy dwa. I w ten sposób stara wiara przyodziana w nową tradycję, zaczęła zbierać obfity plon. Akwizytorzy trudniący się pozyskiwaniem klientów na coroczne "wypominki" czy "wspominki" starali się nawiedzić jak najwięcej domostw. Gospodarze, by uchronić się przed nękającymi ich nieproszonymi gośćmi woleli wywiesić na drzwiach lub furtce stosowną informację, a że na ogół byli niepiśmienni, zamiast notki AKWIZYTOROM DZIĘKUJEMY montowali jakieś truchło na furtce lub pobliskim drzewie lub wystawiali wydrążoną i wyrzeźbioną na kształt roztrzaskanego czerepu rzepę z kagankiem w środku, co było oczywistym przekazem treści następującej: GHULE JUŻ TU BYŁY, TYLE Z NAS ZOSTAŁO, WYŻERKI NIE BĘDZIE.

Ale kiedy wcześnie mroźny październik zaskakiwał wszystkich, sytuacja bywała bardziej dramatyczna. Głodni akwizytorzy nie dawali się nabrać na wydrążone rzepy, bo za dnia widać było, że to mistyfikacja i to grubymi nićmi szyta, więc po naradzie wypominkowych związków zawodowych wymyślili nowy trik. Nazywał się "Treat or trick" - czyli - albo dajecie na wypominki albo wam narozrabiamy. I nie w ciemię bici, sami przywdziali stosowne ubranka służbowe, żeby niepłacących zmotywować - wizyta zombie czy wiedźmy z pewnością na długo w pamięć zapadnie :mrgreen:

Co z tego wynikło - sami widzimy - parady nieumarłych, bale nekromantów oraz inne halloweenowe party, na których podawane są zakąski w formie paluszków wiedźmy, gałek ocznych w sosie własnym, odciętych dłoni w zupie krwi. I po co nam to? Już lepiej samemu tych swoich zmarłych powspominać niż z tą ewoluującą chrześcijańską tradycją się identyfikować.
Ale, ja tu ciągle o rzepie, a przecież wiadomo powszechnie, że aktualnie w menu zupa dyniowa. Tradycja przenosi się tam, gdzie przenoszą się ludzie ją kultywujący. W siedemnastym wieku sporo europejczyków wyemigrowało za Atlantyk za chlebem. Chleba dużo nie znaleźli, ale odkryli dynię. Naturalnie, nie sami. Ameryka nie była pusta - mieszkali tu od wieków ludzie, którzy nie znali wprawdzie Chrystusa, ale mieli szacunek do bliźniego oraz własne sposoby odróżniania dobra od zła. Podzielili się, czym mieli z biedotą europejską, a było to, prócz własnych zapasów, przede wszystkim know how, czyli co jeść, żeby nie zginąć. I w ten sposób po jakimś czasie wspaniała, mięsista dynia stała się nowym atrybutem Halloween, wypierając całkowicie rzepę, która do tej pory była symbolem tego święta.

Co jednak ta wydrążona dynia i ten płonący kaganek wewnątrz oznacza? Jest pamiątką po pewnym cwaniaczku o dźwięcznym imieniu Jack. Wieść gminna niesie, że był Irlandczykiem i katolikiem. Z byciem dobrym chrześcijaninem miał poważne problemy przez zamiłowanie do napojów wyskokowych oraz hazardu.
Legenda mówi, że pewnego dnia siedział sobie w irlandzkiej knajpie, popijając browara w Halloween, a tu gość jakiś przysiadł się do niego i wali prosto z mostu:
- Słuchaj Jack, sprawa jest. Zabieram cię do piekła, mam takie zlecenie. Tu jest część twoich akt, to tylko większe przewinienia - oszustwa, szwindel, hazard, wałkonienie się, opilstwo, obżarstwo - reszta w archiwum na dole, masz do nich wgląd, jak najbardziej, ale ty, stary, już się z tego nie wykaraskasz.
Jack momentalnie oprzytomniał, uszczypnął się ze dwa razy, dla pewności, że nie śpi, pomacał się po sakiewce i utkwiwszy spojrzenie w wysłanniku piekieł, zapytał.
- Dobra, stary, jedziemy, ale weź mi jeszcze browara postaw, ostatniego, co?
Diabła zatkało, gotówki nie posiadał, a odmówić mu było głupio.
Jack, nie w ciemię bity, widząc, że koleś miał szczere chęci, zapytał:
- A ty sam nie mógłbyś się w srebrny pieniążek przemienić? Zapłacę za browar, ty wtedy z powrotem się zmienisz w siebie, ja wypiję i pojedziemy.
Diabeł się zgodził, wiadoma rzecz, interes to interes - i zmienił się w srebrną, celtycką monetę.
Ale Jack ani myślał piwa kupować. Tak się złożyło, że miał sakiewkę z krzyżem świetym, pewnie po jakiejś relikwii, którą przehandlował albo przegrał. Niewiele myśląc, gdy tylko zobaczył srebrny krążek, myk go do sakiewki i chodu z knajpy.
Diabeł z sakiewki jęczał i prosił, żeby go wypuścić - bo krzyż - znak święty i zniesławiał opozycję, a poza tym udaremniał okultystyczne metody panowania nad materią ożywioną i nieożywioną, przez co nieszczęsny wysłannik piekieł był w sakiewce uwięziony. W końcu Jack dobił z nim targu: obiecał, że go wypuści w zamian za darowany rok życia.
Irlandczyk bardzo wziął sobie do serca wyrok, który na nim ciążył i zmienił się, chłopak, nie do poznania. Do kościółka co niedziela, zerwał z nałogami, nawet się ożenił i na gospodarce się zaczął dorabiać, gdy po roku...
31 października, w tej samej knajpce, przy tym samym stole, znów diabeł go wita
- No, Jack, pora na ciebie. Zbieramy się.
Ruszył Jack za diabłem, ale opornie mu to szło. To popatrywał za siebie, to wlókł się noga za nogą, że diabeł, zdrzaźniony nieco spytał :
- No, co jest? W takim tempie to my do Bożego Narodzenia nie dojdziemy do piekła. Boli cię coś?
- Nie, tylko taki jakiś... oddech mam nieświeży. Może to od tej siarki? Nie mógłbyś dezodorantu zmienić? - kombinował Jack, grając usilnie na zwłokę. Ale diabła drugi raz nabrać nie jest łatwo. Prawie zrezygnowany, wymacał w kieszeki nożyk, kozik zwykły. Akurat przechodzili obok jabłoni.
- Diable, zgagę mam straszną. Zatrzymajmy się tu na chwilę, zjem sobie jabłko, może się lepiej poczuję?
- Ta, jasne. Ja się puszczę na drzewo, a ty mi zwiejesz. Nie ma głupich.
- To może ty mi jabłko podasz z tej gałęzi tam wysoko? Możesz mnie nawet przywiązać do drzwa, nigdzie nie pójdę.
- A sam sobie nie możesz sięgnąć z tych na dole?
- To same psiary i robaczywki. Na górze są ładniejsze, podaj mi, co ci szkodzi?
Diabeł dał się przekonać, przywiązał Jacka do pnia, wlazł na drzewo, ale w tym czasie potępieniec wyciął w korze jabłoni święty krzyż.
I znów czarci sługa został uwięziony. Jack tymczasem uwolnił się z więzów, uciekł z wioski jak najdalej i żył jeszcze długo, nie oszczędzając, pijąc i hulając - bo przecież diabła wystawił do wiatru i to dwa razy. Ale w końcu zmarło się i Jackowi. I to 31 października.
Zapukał nieśmiało do bram raju, ale go pogonili. Chcąc nie chcąc, zaszedł do piekła. A tu diabły wyskoczyły na niego z widłami.
Nikt go nie chciał po śmierci. Żeby drogę wiecznej tułaczki mógł sobie oświetlać, diabeł rzucił mu na pocieszenie węgielek żarzący się piekielnym wiecznym ogniem, który Jack włożył do wydrążonej rzepy. I tak sobie chodzi po dziś dzień.
Po transplantacji legendy o Jacku (Jack'o-lantern) na grunt amerykański, dynia zdecydowanie lepiej oddawała dramaturgię niż rzepa, przyznacie sami. A poza tym jest pożywna i zdrowa i na jesienną ucztę świetnie się nadaje. Uwielbiam dynię, zupę dyniową i ciasto z dyni.
Wczoraj moje najstarsze dziecko podało mi deser:

I nie wiedziałam - jeść czy podziwiać?
Bardzo lubię Halloween i moje dzieci też. Lubimy spędzać ten wieczór razem, śmiejąc się i zajadając smakołykami. Kolejne dwa dni są wypełnione powagą - odwiedzamy groby, myślimy o tych, których już nie ma.
Ale ta radość i jesienna uczta 31 października też jest też ważna. Cieszmy się życiem, póki jest.
Halloween może zostać zakazane, ponieważ niesie ze sobą niejasny przekaz. Jest tam coś o diable, śmierci i czarownicach, więc na pewno jest złe. Bo przecież niewielu ludzi wie, że charakter tego święta jest narzucony po części chrześcijańską i w dodatku katolicką tradycją. I niewielu wie, że kolebką Halloween była Europa, a nie Ameryka. Ani, że nazwa tego święta to w tłumaczeniu "Wigilia Wszystkich Świętych".
Bez wątpienia święto to ma pochodzenie pogańskie, przedchrystusowe i związane jest z celtycką tradycją świętowania końca roku, który nadchodził wraz z równonocą jesienną. Gdy zagoniono wszystkie stada pod dach, zebrano z pól plony, przychodził czas zabawy - 31 października. Był to wielki festiwal życia i radości oraz święto plonów - Samhain -czerwony jak krew, płomienny jak ogień. Rytualnie ubijano zwierzęta, które mogły zimy nie przetrwać, ale póki co mogły nakarmić świętujących. Przez kilka dni płonęły ogniska, ludzie jedli, bawili się - Samhain to ostatnia wielka feta przed zimną i ciemną połową roku, którą rządziły śmierć, chłód, głód i pustka.
I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie chrześcijanie. All Hallows Eve (wigilia Święta Zmarłych) - to nazwa, którą zaczęto określać 31 października już w piątym wieku naszej ery. W skróconej formie "Halloween" przetrwało do dziś, mieszając w sobie dwie zupełnie różne tradycje, ale jedną, wspólną mądrość ludową - świadomość przemijania. 1 listopada Kościół katolicki uchwalił dniem przeznaczonym na czczenie własnych świętych. Ale 2 listopada stał się dniem, kiedy można było wstawić się modlitwą za zbawienie dusz zwykłych ludzi, swoich bliskich, niekoniecznie świętych zmarłych. Od drzwi do drzwi, od zagrody do zagrody 2 listopada chadzali ci, którzy w zamian za poczęstunek obiecywali modlitwę za tych członków rodzin gospodarzy, którzy odeszli z tego świata. Czy rzeczywiście obietnicę spełniali czy nie - pewności nie ma - była to jednak jakaś forma zarobku, drobna usługa czy przysługa, którą zajęci przygotowaniami do zimy gospodarze chętnie opłacali. Może po to, by kiedyś za nich ktoś też pobożnie odmówił parę słów. Skoro chrześcijanie twierdzą, że dusza nim dojdzie do nieba jest w zawieszeniu, ni tu, ni tam - i tylko modlitwy jej trzeba - takiej za "co łaska" - kawałek ciasta, kosz jabłek czy drobną monetę - żal było nie zainwestować.
Stan zawieszenia wyznawcy religii starszych od chrześcijaństwa znali od wieków. Te wszystkie błąkające się dusze: na wpół umarli, zombie, ghule czy inne zmory nękające i straszące uczciwych ludzi po zmroku w długie jesienne i zimowe wieczory nie brały się znikąd. Wierzono, że na przełomie lata (kończącego się 31 października) i zimy (rozpoczynającej się 1 listopada) następuje noc chaosu i bezkrólewia, kiedy umarli mogą wydostać się z grobów, a nawet znaleźć sobie żywiciela, który pozwoli im przetrwać jeszcze sezon czy dwa. I w ten sposób stara wiara przyodziana w nową tradycję, zaczęła zbierać obfity plon. Akwizytorzy trudniący się pozyskiwaniem klientów na coroczne "wypominki" czy "wspominki" starali się nawiedzić jak najwięcej domostw. Gospodarze, by uchronić się przed nękającymi ich nieproszonymi gośćmi woleli wywiesić na drzwiach lub furtce stosowną informację, a że na ogół byli niepiśmienni, zamiast notki AKWIZYTOROM DZIĘKUJEMY montowali jakieś truchło na furtce lub pobliskim drzewie lub wystawiali wydrążoną i wyrzeźbioną na kształt roztrzaskanego czerepu rzepę z kagankiem w środku, co było oczywistym przekazem treści następującej: GHULE JUŻ TU BYŁY, TYLE Z NAS ZOSTAŁO, WYŻERKI NIE BĘDZIE.
Ale kiedy wcześnie mroźny październik zaskakiwał wszystkich, sytuacja bywała bardziej dramatyczna. Głodni akwizytorzy nie dawali się nabrać na wydrążone rzepy, bo za dnia widać było, że to mistyfikacja i to grubymi nićmi szyta, więc po naradzie wypominkowych związków zawodowych wymyślili nowy trik. Nazywał się "Treat or trick" - czyli - albo dajecie na wypominki albo wam narozrabiamy. I nie w ciemię bici, sami przywdziali stosowne ubranka służbowe, żeby niepłacących zmotywować - wizyta zombie czy wiedźmy z pewnością na długo w pamięć zapadnie :mrgreen:
Co z tego wynikło - sami widzimy - parady nieumarłych, bale nekromantów oraz inne halloweenowe party, na których podawane są zakąski w formie paluszków wiedźmy, gałek ocznych w sosie własnym, odciętych dłoni w zupie krwi. I po co nam to? Już lepiej samemu tych swoich zmarłych powspominać niż z tą ewoluującą chrześcijańską tradycją się identyfikować.
Ale, ja tu ciągle o rzepie, a przecież wiadomo powszechnie, że aktualnie w menu zupa dyniowa. Tradycja przenosi się tam, gdzie przenoszą się ludzie ją kultywujący. W siedemnastym wieku sporo europejczyków wyemigrowało za Atlantyk za chlebem. Chleba dużo nie znaleźli, ale odkryli dynię. Naturalnie, nie sami. Ameryka nie była pusta - mieszkali tu od wieków ludzie, którzy nie znali wprawdzie Chrystusa, ale mieli szacunek do bliźniego oraz własne sposoby odróżniania dobra od zła. Podzielili się, czym mieli z biedotą europejską, a było to, prócz własnych zapasów, przede wszystkim know how, czyli co jeść, żeby nie zginąć. I w ten sposób po jakimś czasie wspaniała, mięsista dynia stała się nowym atrybutem Halloween, wypierając całkowicie rzepę, która do tej pory była symbolem tego święta.
Co jednak ta wydrążona dynia i ten płonący kaganek wewnątrz oznacza? Jest pamiątką po pewnym cwaniaczku o dźwięcznym imieniu Jack. Wieść gminna niesie, że był Irlandczykiem i katolikiem. Z byciem dobrym chrześcijaninem miał poważne problemy przez zamiłowanie do napojów wyskokowych oraz hazardu.
Legenda mówi, że pewnego dnia siedział sobie w irlandzkiej knajpie, popijając browara w Halloween, a tu gość jakiś przysiadł się do niego i wali prosto z mostu:
- Słuchaj Jack, sprawa jest. Zabieram cię do piekła, mam takie zlecenie. Tu jest część twoich akt, to tylko większe przewinienia - oszustwa, szwindel, hazard, wałkonienie się, opilstwo, obżarstwo - reszta w archiwum na dole, masz do nich wgląd, jak najbardziej, ale ty, stary, już się z tego nie wykaraskasz.
Jack momentalnie oprzytomniał, uszczypnął się ze dwa razy, dla pewności, że nie śpi, pomacał się po sakiewce i utkwiwszy spojrzenie w wysłanniku piekieł, zapytał.
- Dobra, stary, jedziemy, ale weź mi jeszcze browara postaw, ostatniego, co?
Diabła zatkało, gotówki nie posiadał, a odmówić mu było głupio.
Jack, nie w ciemię bity, widząc, że koleś miał szczere chęci, zapytał:
- A ty sam nie mógłbyś się w srebrny pieniążek przemienić? Zapłacę za browar, ty wtedy z powrotem się zmienisz w siebie, ja wypiję i pojedziemy.
Diabeł się zgodził, wiadoma rzecz, interes to interes - i zmienił się w srebrną, celtycką monetę.
Ale Jack ani myślał piwa kupować. Tak się złożyło, że miał sakiewkę z krzyżem świetym, pewnie po jakiejś relikwii, którą przehandlował albo przegrał. Niewiele myśląc, gdy tylko zobaczył srebrny krążek, myk go do sakiewki i chodu z knajpy.
Diabeł z sakiewki jęczał i prosił, żeby go wypuścić - bo krzyż - znak święty i zniesławiał opozycję, a poza tym udaremniał okultystyczne metody panowania nad materią ożywioną i nieożywioną, przez co nieszczęsny wysłannik piekieł był w sakiewce uwięziony. W końcu Jack dobił z nim targu: obiecał, że go wypuści w zamian za darowany rok życia.
Irlandczyk bardzo wziął sobie do serca wyrok, który na nim ciążył i zmienił się, chłopak, nie do poznania. Do kościółka co niedziela, zerwał z nałogami, nawet się ożenił i na gospodarce się zaczął dorabiać, gdy po roku...
31 października, w tej samej knajpce, przy tym samym stole, znów diabeł go wita
- No, Jack, pora na ciebie. Zbieramy się.
Ruszył Jack za diabłem, ale opornie mu to szło. To popatrywał za siebie, to wlókł się noga za nogą, że diabeł, zdrzaźniony nieco spytał :
- No, co jest? W takim tempie to my do Bożego Narodzenia nie dojdziemy do piekła. Boli cię coś?
- Nie, tylko taki jakiś... oddech mam nieświeży. Może to od tej siarki? Nie mógłbyś dezodorantu zmienić? - kombinował Jack, grając usilnie na zwłokę. Ale diabła drugi raz nabrać nie jest łatwo. Prawie zrezygnowany, wymacał w kieszeki nożyk, kozik zwykły. Akurat przechodzili obok jabłoni.
- Diable, zgagę mam straszną. Zatrzymajmy się tu na chwilę, zjem sobie jabłko, może się lepiej poczuję?
- Ta, jasne. Ja się puszczę na drzewo, a ty mi zwiejesz. Nie ma głupich.
- To może ty mi jabłko podasz z tej gałęzi tam wysoko? Możesz mnie nawet przywiązać do drzwa, nigdzie nie pójdę.
- A sam sobie nie możesz sięgnąć z tych na dole?
- To same psiary i robaczywki. Na górze są ładniejsze, podaj mi, co ci szkodzi?
Diabeł dał się przekonać, przywiązał Jacka do pnia, wlazł na drzewo, ale w tym czasie potępieniec wyciął w korze jabłoni święty krzyż.
I znów czarci sługa został uwięziony. Jack tymczasem uwolnił się z więzów, uciekł z wioski jak najdalej i żył jeszcze długo, nie oszczędzając, pijąc i hulając - bo przecież diabła wystawił do wiatru i to dwa razy. Ale w końcu zmarło się i Jackowi. I to 31 października.
Zapukał nieśmiało do bram raju, ale go pogonili. Chcąc nie chcąc, zaszedł do piekła. A tu diabły wyskoczyły na niego z widłami.
Nikt go nie chciał po śmierci. Żeby drogę wiecznej tułaczki mógł sobie oświetlać, diabeł rzucił mu na pocieszenie węgielek żarzący się piekielnym wiecznym ogniem, który Jack włożył do wydrążonej rzepy. I tak sobie chodzi po dziś dzień.
Po transplantacji legendy o Jacku (Jack'o-lantern) na grunt amerykański, dynia zdecydowanie lepiej oddawała dramaturgię niż rzepa, przyznacie sami. A poza tym jest pożywna i zdrowa i na jesienną ucztę świetnie się nadaje. Uwielbiam dynię, zupę dyniową i ciasto z dyni.
Wczoraj moje najstarsze dziecko podało mi deser:
I nie wiedziałam - jeść czy podziwiać?
Bardzo lubię Halloween i moje dzieci też. Lubimy spędzać ten wieczór razem, śmiejąc się i zajadając smakołykami. Kolejne dwa dni są wypełnione powagą - odwiedzamy groby, myślimy o tych, których już nie ma.
Ale ta radość i jesienna uczta 31 października też jest też ważna. Cieszmy się życiem, póki jest.
ależ ciekawie napisałaś o tym święcie... ja go nie lubie osobiście i nie chciałabym by moje dzieci w tym uczestniczyły... wiem czym to grozi często w tym dniu są wywoływane duchy i inne otwierane wrota zła a co za tym idzie niebezpieczeństwo duchowe dla nas i naszych dzieci... wole nie ryzykować otwierania wrót złu wiem czym to grozi czym pachnie wole oddać ten czas Bogu... i pomysleć o swoich najbliższych któzy są już może u Niego
OdpowiedzUsuńHalloween nie ma nic wspólnego z wywoływaniem duchów ;) Postanowiłam napisać o tym, co tłumaczę własnym uczniom od lat. Ja historię Halloween usłyszałam od nauczycielki angielskiego, kiedy miałam jakieś 14 lat. Bardzo mnie zdziwiło, że to wigilia Wszystkich Świętych. Bardzo lubię legendy i ludowe przekazy, dlatego dzielę się tym, co wiem :)
OdpowiedzUsuń