Z wisienką

Pierwszy września to zawsze Armageddon, z wielu powodów. Ten - dodatkowo. Po pierwsze dlatego, że jeden z kurczaczków mamy szóstki rok szkolny rozpoczyna dość daleko od domu i choć na pewno pod czułą opieką babci i dziadka i cioci - to jedak... myśli wciąż przy nim. Po drugie - mama szóstki rzuciła w przeddzień września niebezpieczne hasło - mianowicie, że chce się sprzedać. Publicznie obnażyć, innymi słowy, przyjąć odpowiedzialność na klatę i dalej grać w te klocki, tylko że od tej chwili mniej myśląc o sobie, a bardziej - o czytających. Nisza niszą, fajnie jest - ale blog dawno przestał być tylko wentylem czy oknem na świat, a stał się świadomym porządkowaniem rzeczywistości wokół siebie, okraszonym ździebełkiem humoru. I tu pisząca te słowa napotkała sprzeciw gorszej połowy, którą zabolała niszowa bądź co bądź, ale jednak mamy szóstki sława słowami dziergana.

Ugodzona boleśnie artystyczna godność macho leczyła rany w pracowni, a przyczyna trosk wszelkich dokonała przeglądu strojów galowych najmłodszych i z grubsza ustaliła plan dnia (bo lekki nie był), kto z kim, o której i tak dalej. Jakie to szczęście, że liceum ogarnia się samo i jeszcze pomaga młodszym - przemknęło mi przez myśl już drugi raz w życiu :)

Poranek 1 września - makabra. Budzik zaspał. Zamiast o szóstej, wstałam  tuż przed siódmą. Po ciepłym wieczorze poranek mdły i ponury. I ziiiiimno. Studentka przed praktykami zajęła łazienkę. Jak zwykle nie na długo, ale na moje włosy ciepłej wody już zabrakło. A ja dziś przebrana za człowieka u dyrekcji w gimnazjum dziecięcia mam się stawić, na obcasie, z włosem lśniącym nienagannie, a okiem bystrym, nie ma to tamto.

- Mamo, już mogę ubrać strój galowy? A gdzie mój krawat w paski? - taa, standard. Ale są coraz starsi. I do szkoły mają rzut beretem. Uśmiechem kwituję krzywo zapiętą koszulę u Dziesięciolatka, a sześciolatkową ubraną jakoś tak z kołnierzykiem na plecach - Ale jesteście samodzielni! Trzeba tylko trochę poprawić.

Godzina ósma. Gimnazjalistka trzeci raz w eleganckich bucikach przemierza przedpokój. Miałyśmy jechać razem, musi czekać. I kiedy szukam krawata (ten w paski został u babci, a pastelowego zapomniałam uszykować), słychać chrobot klucza w zamku i pojawia się wisienka na torcie: tata szóstki do drugiej nad ranem czytał. Czytał, trawił, po czym 1 września, na godzinę przed rozpoczęciem roku w trzech szkołach rzucił druzgocący argument, że na blogu nie ma ani słowa o nim. I że blog jest do dupy w związku z tym.

Ale ze mną nie tak łatwo, w końcu ostatni wpis cyzelowałam około północy i dobrze pamiętam, że samiec alfa wspomniany został w nim co najmniej dwa razy (nie licząc tego o zdradzie małżeńskiej) i skierowuję rozmowę na bardziej przyziemne tematy, jak buty galowe czwartoklasisty i dyktuję plan dnia. Ale męska duma cierpi udręczona. Że przecież samotna nie jestem, że kobiety, które czytają, chcą prawdy, a ja je tu karmię tandetą. Bo przecież rodzina to całość, wzajemna troska, wspólna praca, jednomyślność. Otóż to. Otóż wisienka właśnie. Tort jest pod spodem. Przekładaniec z jasnych i ciemnych chwil, tu przygładzony, tam wyrównany. Po kawałku dla każdego. A wisienka jest jedna. Czasami się trafi. Czego sobie i wam życzę :)

chocolate-cake-cherry-top-20147436

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W rankingu

Jeszcze jeden żonkil, czyli ... gdybym znała Kadisz

Szkoła - młódź cierpi na tem