Słowo na "w"

To było bardzo niespokojne lato. Z pewnością mój blog tego nie odzwierciedla, ponieważ wyrwał mi się tylko jeden spontaniczny wpis pełen obaw, ale wierzcie mi, bywały chwile, kiedy zasypiałam nad telewizyjnymi wiadomościami nocą lub z głową na laptopie, próbując z różnych miejsc dowiedzieć się jak najwięcej. I pilnowałam się bardzo, żeby przy dzieciach nie użyć słowa na "w".

Łatwo nie było. 15 sierpnia Najstarszy zapragnął uczestniczyć w defiladzie, czyli bez eufemizmów - pokazu naszej siły przed ambasadą Rosji.

- No dobra, pójdziesz, ale z mamusią - zagroziłam, ale mało przekonująco.

- Z kolegą pójdę.

- Ale obiecaj mi, że nie będziecie się pchać w centrum wydarzeń. Wiesz, jaka jest zasada w razie zadymy?

- Wiem, mamo. OWD*

Poszedł. Wrócił. Ekscesów nie było. Ja spędziłam tę sobotę z Najmłodszym, celowo na obrzeżach Warszawy, celowo z daleka od telewizora i internetu, tylko z telefonem w kieszeni.

Opowiadał, że włazili do czołgów, ekscytował się wyposażeniem armii, podziwiał samoloty. Ja też. Tylko z marginesem duszy na ramieniu. Jestem daleka od romantycznej wizji bohaterów walczących o wolność. Wojna to bezduszna krwawa masakra, w której wygrywają intryganci oraz ci, którzy mogą się na niej wzbogacić. Nie chcę w niej uczestniczyć. W żaden sposób. Między ludźmi na poziomie każdy konflikt uda się rozwiązać dyplomatycznie. Tylko, czy ci, którzy są tam gdziś wysoko w pionie, na pewno są na poziomie?

Z młodszymi temat na "w" poruszyłam głębiej tylko raz i tylko dzięki dobranej na wakacje lektury na wieczorne poczytanki. W "Porwaniu w Tiutiurlistanie" Wojciecha Żukrowskiego wojna rozpoczyna się od skradzionego z planszy podczas gry monarchów słodkiego migdałka w postaci pionka.

- Ja zupełnie zapomniałem o papudze! - zawołał w pewnym momencie Czternastolatek, kiedy najmłodsi usiłowali przeprowadzić dochodzenie, kto zeżarł.

I tu przerwałam czytanie, na dłuższą chwilę pozwalając sobie na dygresję. Że tak w życiu jest: przypadkowe wydarzenie doprowadza do konfliktu na szeroką skalę. Rządzący obrażają się na siebie, zrywają dyplomatyczne stosunki między swoimi krajami, narzucają embarga i sankcje. Nikt tak naprawdę nie wie, kto zeżarł tego migdałka, istotne jest to, o co jeden "król" oskarżył drugiego. A jak już słowo "wojna" pojawi się na plakacie czy w telewizji, wycofać się nie jest łatwo. W prawdziwym konflikcie zbrojnym umierają prawdziwi ludzie. Nikt nie przywróci ich do życia, nawet, gdy władcy już się pogodzą.

 

 

* OWD - Ochrona własnej d... - skrót używany wielokrotnie przez byłą wychowawczynię z gimnazjum Najstarszego. Przyjęłam w całej rozciągłości.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W rankingu

Jeszcze jeden żonkil, czyli ... gdybym znała Kadisz

Szkoła - młódź cierpi na tem