Rzygam szkołą
Nie sądziłam, że to powiem. Nie teraz. Ale ile można to dusić?
Od drugiego września zaiwaniam na wieczornym bezpłatnym etacie pt. "odrabianie lekcji". Gimnastyka dla ciała i oczu, ponieważ jak nie okrągły stół w salonie to biurko u małych albo stół kuchenny, a ty zapuszczaj żurawia znad garów, laptopa czy sterty prania do powieszenia, jak progenitura przekręci polecenie. O gimnastyce umysłu nie wspomnę. Z drugoklasistą wykład o latarni na Faros, z gimnazjalistką dyskusja o pierwiastkach i związkach chemicznych, a z czwartoklasistą wykazać się musisz wiedzą ze wszystkich przedmiotów.
Czwartoklasista mnie dobija. Właściwie to nawet nie wiem, czy on, czy reforma. Czy czwarta klasa sama w sobie i młodego trudne wdrażanie się. Czy nowi nauczyciele, nowe wymagania, codziennie prace domowe z każdego przedmiotu. Czy uwagi w dzienniczku za "brak notatki z lekcji". Czy trzy jedynki z plastyki za niewykonane prace. I tak jak te braki notatek przełknęłam, tak plastyki nie. Nie, nie, nie kupuję i basta! Ponieważ młody, syn artysty profesjonalnego, jakkolwiek by nie było, odmówił odwzorowywania prac z podręcznika. Jedyny przedmiot, który ma wyzwolić kreatywność, pozwolić wyobraźni zaszaleć, stał się kolejnym etapem przerabiania dziecka na szarą, bezkształtną masę.
Posłałam magistra sztuki, by zawalczył o syna. Nie wierzył moim podejrzeniom, ale w starciu oko w oko z panią od plastyki szybko ustalił front i twardo obstawał przy swoim. Znaczy, przy naszym.
Z jednej strony ja nauczycieli rozumiem. Reforma programowa zakładająca liniowy schemat edukowania mnie też mierzi i doprowadza do nerwowych drgawek. Wprawdzie spawia wrażenie solidnie opartej na filozoficznej myśli, że nigdy nie wchodzi się drugi raz do tej samej wody, ale nie daje możliwości powrotu do raz zrealizowanej partii materiału. A czy można uczyć się nie powtarzając? Nie utrwalając? Nie robiąc przerw dla higieny umysłu? Dawniej uczyliśmy się na schemacie spiralnym, tzn. pewne partie materiału powtarzały się kilkakrotnie w ciągu 12 lat nauki. Mogło to być nużące, można było popaść nauczycielską rutynę, bo jeśli ktoś gdzieś coś zaniedbał, to dało się to jeszcze po drodze zacerować. Teraz już nie. I trzeba się sprężyć. Dotyczy to przedmiotów egzaminacyjnych, oczywiście. A jak traktować przedmioty artystyczne? To powinien być czas na twórczą ekspresję - owszem, w jakieś solidne teoretyczne ramy ujętą - ale jednak to na lekcjach muzyki i plastyki jest miejsce i czas na ujście emocji.
Podobnie z lekcjami WF - sprawdziany, ocenianie - ludzie! Litości! Życie to nie jedno wielkie pasmo udręk, stawiania pod ścianą, oceniania - nie czyńmy sobie sami tego piekła.
Żeby się czegoś nauczyć, trzeba chcieć. Żeby chcieć, trzeba się tym interesować. Nie każdy ma duszę wrażliwca, nie każdy ma iskrę Bożą, ależ do jasnej cholery, każde dziecko potrafi wyrażać emocje rysunkiem czy malarstwem. Niech to będą bazgroły, mazy, chlapy, ale gdy noszą tytuł: "Moje wakacje", "Spacer z psem", "Mój przyjaciel" - skupiają uwagę widza i otwierają przed nim szerokie pole interpretacji. Jeśli w klasie trafi się początkujący Picasso, na pewno też będzie umiał się odnaleźć. Jeśli się trafi mój syn, to namaluje swój świat swoimi barwami, ponieważ lubi to robić. A przynajmniej lubił do tej pory. Bo sztuka i muzyka to coś osobistego. Coś ze środka. Musi najpierw wypłynąć, żeby potem można to było kształtować. I jeszcze jedna ważna rzecz: tego nie da się przedstawić na osi liczbowej.
Dokładnie tak!!!
OdpowiedzUsuńJak się skończyła sprawa z plastyką???
Jeszcze się nie skończyła. Młody ma wykonać prace "na temat" dowolną techniką na przyszły tydzień. Ale argument pani od plastyki: "Pan nie może kwestionować moich metod" sugeruje, że spór jeszcze nie został zakończony.
OdpowiedzUsuńPodpisuję się wszystkimi czterema rękami, których nie mam, a powinnam ... Moi starsi (8 i 9 lat) właśnie zaczęli 4 klasę. Wspólny szok i galimatias.
OdpowiedzUsuń- każda lekcja w innej sali
-każdego dnia inne podręczniki w plecaku.
W efekcie minusy za brak zeszytów i książek.
Udało im się zgromadzić po trzy jedynki, w tym z plastyki :D. Dodatkowo dwóje z testów diagnozujących ( jakim cudem mieli 6 na zakończenie 3 klasy?).
Musiałam zrobić szkolenie z prowadzenia zeszytu bo po trzech latach pisania w ćwiczeniach nie wiedza po co są marginesy, że trzeba pisać od początku linijki do końca, nie umieją narysować tabelki.
Dodatkowo z uporem godnym lepszej sprawy odrabiają lekcje w kuchni, koniecznie ze mną, prowadząc przy tym ożywione "dialogi na cztery nogi", w efekcie siedzą czasami nad lekcjami i 3 godziny.
Ufff...
Mam 3 córki najstarszą w pierwszej klasie - wrażliwą artystkę - skrzydła jej obetną obawiam się. Druga pójdzie do szkoły za rok jako 6 latka - limitu miejsc klasach już nie będzie i jak - JAK??! - w takich warunkach zadbać o indywidualność dziecka? Cały dzień w szkole? Moje rozbrykane małe dziewczę w ławce? Nie widzę tego absolutnie bo ona na kanapie zmienia pozycję i miejsce (podłoga, ława, oparcie, ściana...) co 15 sekund.. Dlaczego Pani uczy, że kwadrat to nie jest prostokąt? Dlaczego ocena za piękne litery (100% że mam manualnie zdolne dziecko) jest gorsza, bo nie są napisane ołówkiem tylko długopisem? Uciekam - z całą odpowiedzialnością - nie dam ze swoich dzieci zrobić królików doświadczalnych kolejnych "reformatorów".. Nie wiem w sumie co chciałam napisać - para z uszu za każdym razem przy temacie edukacji. Nie wierzę w Polską szkołę i w to, że zmiany "służą"..
OdpowiedzUsuńAle to właśnie ma tak działać. Tu dokładnie chodzi o przestawianie z
OdpowiedzUsuńUcięło mi ;-) Chodzi o przestawianie z twórczego na odtworcze. To tak ma być. Oduczyć myślenia. Po co? Takim narodem łatwiej się rządzi. Dołóżmy do tego durne seriale, ogłupiające reality show i mamy komplet. Może to spiskowa teoria dziejów, ale ciężko mi bezsens wyjaśnić inaczej.
OdpowiedzUsuńŁączę się w bólu!
OdpowiedzUsuńkruszyzna, ja nie znosze teorii spiskowych, ale naprawde, jak człowiek popatrzy na to, o czym piszesz, to trudno znaleźć inne wyjaśnienie.
OdpowiedzUsuńDziewczyny, są dwie możliwe opcje. Albo uznać, że szkoła to zło i zająć się nauczaniem domowym. Albo wziąć na luz i uznać, że skoro tak wiele dzieci przeżyło, to i nasze przeżyją. Robić swoje, rozwijać je w domu, stymulować inteligencję. Skoro my przeżyliśmy czwarta klasę, to i nasze dzieci dadzą radę (a, nawet, z doświadczenia mojego syna wiem, że i IV, i I czy II gimnazjum). Tylko trzeba przestać się łudzić, że szkoła ma znaczenie inne niż socjalizujące :) czego i Wam życzę :)
OdpowiedzUsuńPowiadam Wam, że rodzice narzekają od dziesiątków lat. Narzekała moja mama, narzekałam ja i Wy też narzekacie, bo u nas wszystko stoi na głowie nie od dziś.
OdpowiedzUsuńMamo Szóstki: po wypowiedzi pani "nie może pan kwestionować...", odpowiedziałabym: "kto mnie powstrzyma?" ;)
Aż się strach bać, co to będzie za kilka lat.
OdpowiedzUsuńNo wszytsko przede mna. Na razie jestem na etapie pisania literki "m" ewentualnie "M".
OdpowiedzUsuńAle wypuscilam juz jedno dziecko w swiat po szkole holenderskiej i nie mialam takich przejsc. Natomiast moja szkola moi rodzice sie tak nie interesowali. Sama lekcje odraialam, moj brat tez. Teraz mysle, ze moze szkoda? :)
Ja myślę, że kiedyś od nas więcej wymagano samodzielności. Ja w pierwszej klasie lekcje odrabiałam z babcią lub z mamą. W drugiej - już sama na ogół. I szczerze mówiąc, nie pamiętam, żeby ktoś pomagał mojej siostrze czy bratu, chyba że zdarzało się, że te lekcje odrabialiśmy w trójkę lub w dwójkę przy jednym stole. Pomoc rodziców pojawiała się, gdy trzeba było nadrobić szkolne zaległości spowodowane chorobą. I na ogół wyglądało to tak, że ja przepisywałam notatki z zeszytów kolegów i koleżanek, a rodzina włączała się w prace praktyczne: mama zrobiła mi wszystkie robótki na drutach, tata rozrysował, wyciął i skleił dla mnie jeden z prostopadłościanów i pokazał, jak równiutko rozrysować siatki pozostałych oraz pomagał wykonać kilka próbek pisma technicznego. Babcia uszyła mi bluzkę z pieluchy tetrowej. Wprawdzie w moim odbiorze - rodzina wsparła mnie w najprzyjemniejszej części uzupełniania braków, ale ... bez tej pomocy ciężko byłoby wyjść na prostą po kilkutygodniowych nieobecnościach wywołanych chorobą.
OdpowiedzUsuńZa kilka lat? Każde dziecko "wdraża się" w swoim czasie. Najstarsza nie miała z tym problemów. Dwaj najstarsi twierdzą, że udało im się przejść całą podstawówkę bez naszej- rodziców -ingerencji w prace domowe, choć my mamy inne wspomnienia. Teraz przyszła kolej na następnego czwartoklasistę, a jest przedostatni, więc chciałoby się, żeby nie był gorszy od starszych...i dawał godny przykład najmłodszemu.
OdpowiedzUsuńWspółspacz nie posiada zdolności szybkiego reagowania. Zgodnie ze swoim wychowaniem woli uznać, że nauczyciel ma zawsze rację. O tym, co z tego wynikło - za chwilę - w dzisiejszej notce.
OdpowiedzUsuńOpcję nauczania domowego rozważałam kilka lat temu, kiedy młodszy ze starszych wdrażał się w czwartą klasę. Przeprowadzka i oswajanie nowych miejsc okazały się jednak zbyt dużym wyzwaniem, żeby brać na siebie całkowitą odpowiedzialność za udowadnianie kuratorium, że dzieci nie są wielbłądami. Z jednej strony żałuję. Z drugiej - w tej chwili czuję się na to gotowa. I jeśli sprawy będą się dalej w ten sposób toczyć, podniosę śmiało tę rękawicę.
OdpowiedzUsuńDzięki! :)
OdpowiedzUsuńZazwyczaj, gdy dochodzi do konfrontacji ja-matka i ona-nauczycielka, pomimo znajomości teorii pedagogiki (przeczytanej, przetrawionej, zaliczonej, zdanej, wyrzyganej) nie potrafię się z nią zgodzić. Kszałcenie to proces indywidualny. Argumentem ciała pedagogicznego jest zwykle "W przyszłości dziecko będzie kiedyś pracownikiem i jeśli nie będzie wypełniać swoich obowiązków, nie podporządkuje się to ..." Obowiązki to jedno. Podporządkowanie się - to drugie. Będę dumna z dziecka, gdy będzie pracownikiem i będzie potrafiło w sytuacjach irracjonalnego wykorzystywania przeciwstawić się szefowi czy szefowej, zamiast podporządkowawszy się grzecznie siedzieć w kąciku za głodową pensję.
OdpowiedzUsuńJa wierzę w polską szkołę. Może to naiwna wiara, ponieważ w większości sytuacji nic nie ma na jej poparcie. Jednak bywają nauczyciele, do których mam zaufanie, że dziecka mi nie skrzywdzą (nawet jeśli sami popełniają ewidentne błędy - ortograficzne, matematyczne). Można dziecku wyjaśnić, że pani się pomyliła i podać prawidłową odpowiedź. Nauczyciele różnie reagują na udowodnienie im pomyłki - jedni przyjmą to z uśmiechem, inni obojętnie, ale są i tacy, że nawet uprzejme wyjaśnienie potraktują jako brutalny atak na ich autorytet. Kiedy jestem niezadowolona - rozmawiam, argumentuję, długo przebieram w środkach. Kiedy metody przepisowe zawodzą - nie mam obiekcji, żeby wypowiedzieć twardą wojnę. Mam dwie takie za sobą. Zawsze są zyski i straty. Ważne, by zyskało nasze dziecko.
OdpowiedzUsuńOch, Misssaigon, jak ja dobrze wiem, co czujesz!!! Nie dajmy się!
OdpowiedzUsuńWłaśnie przechodzę to wszystko (łącznie z plastyką ) z moim czwartoklasistą. Do tej pory bardzo otwarte i ciekawe świata dziecko, szkoła za wszelką cenę próbuje włożyć w jakieś ujednolicone ramy. Mam porównanie ze starszą córką, która w tym roku pisze maturę i o ile kiedy ona była w podstawówce, to miałam wrażenie totalnej pobieżnosci w nauczaniu, tak teraz w przypadku syna jestem totalnie już zmęczona ilością materiału jaki musi przyswoic z kazdego przedmiotu. Zabija sie tez w tych dzieciach jakąkolwiek kreatywnosc. Kazda definicja musi być wykuta co do słowa, kazda własna interpretacja zagadnienia, to brak maksymalnej ilosci punktów. Wszystko to działa bardzo zniechęcająco zarówno na dzieci jak i na rodziców. Patrząc na to wszystko zdecydowałam, że odpuszczam, nie chcę aby moje dziecko bezmyślnie kuło na blachę budowę mikroskopu, nie musi też znać budowy komputera. Jesli nauczyciel nie widzi i nie jest to dla niego priorytet aby umiało te sprzęty obsłużyć, to ja nie widze powodu aby kazac dziecku respektować, cos z czym sama się absolutnie nie zgadzam.
OdpowiedzUsuńJa również mam porównanie ze starszymi dziećmi - i podobne wrażenia. Po kolejnej reformie zmieniły się wytyczne. Pojawiło się pojęcie "minimum programowe" i powstał chaos w edukacji.
OdpowiedzUsuń