"A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre." - Rdz 1, 31a
Taka tam sytuacja, podpatrzona, w myślach zanotowana z braku czasu.
W poczekalni u lekarza.
Przyszłam z koleżanką, która nie mieszka w stolicy, a potrzebowała wsparcia medycznego od lekarza godnego zaufania. Nie wiadomo, czy pani doktor przyjmie, bo full itd. Proszę zapytać, wtedy założymy kartę. Wyłapujemy na bocznej klatce schodowej panią doktor, którą widziałam dwa razy w życiu, lecz wiem, że do niej można mieć zaufanie - ale mnie nie rozpoznaje, w dodatku razem z nią przychodzi starsza pani o kulach. Na krzesełkach siedzą oprócz nas: starsza pani z astmą, małżeństwo: on bez nogi, ona monologująca o cenach i zdrapkach z Biedronki lub głośno rozmawiająca przez telefon, a następnie relacjonująca współmałżonkowi rozmowy z poszczególnymi członkami rodziny; starszy pan; pani w średnim wieku, a na wózku jeszcze jedna pani w średnim wieku, schorowana i bez nóg. Przybywa ostatnia, a pierwsze słowa jakie wypowiada, kieruje do małżonka pani od Biedronki:
- Jak pan sobie radzi? Ja po pierwszej amputacji długo nie mogłam dojść do siebie...
Cichy małżonek milczy, ale widać wdzięczność w jego oczach, że ktoś zainteresował się wreszcie nim, a nie zdrapką czy promocją. Małżonka zaaferowana rozmową nic nie zauważyła.
Ktoś chce wejść bez kolejki do pani doktor, robi się wielka afera, człowiek człowiekowi wilkiem, pani od Biedronki odgraża się, że wejdzie razem z tą osobą i nie wyjdzie. Ponieważ pani o kulach wchodzi do gabinetu i wychodzi już drugi raz, ona też tak może. Lekarka wychodzi i spokojnie wyjaśnia, że pacjentka jest poważnie chora i czekać nie mogła, a potrzebne są jej wyniki z poradni specjalistycznej. Pani od biedronkowych promocji prowadzi dalej monolog pełen pretensji, koleżanka mówi coś, że niektórzy są jak bomba, która nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Pytam delikatnie osobę, której kolej nadchodzi, czy mogę wejść zapytać tylko, czy pani doktor koleżankę przyjmie. Zgadza się, ale wraca pani o kulach i wchodzi z pacjentem do gabinetu. Biedronka szydzi: "Mogła pani wejść razem z nimi, a teraz to już pani poczeka aż ja wszystkie swoje sprawy załatwię. " I coś jeszcze o tym, jak to niektórzy nie wiedzą, jak się zachować u lekarza.
Pani bez nóg szepcze cicho: "Niech pani wejdzie razem z tą bombą, pani doktor na pewno się zgodzi".
Wchodzę - oczywiście zgoda jest, ale koleżanka musi czekać, aż wszyscy zapisani pacjenci zostaną przyjęci.
Czekam, aż koleżanka założy sobie kartę, a w poczekalni wyraźne rozluźnienie. Rozmawiamy o różnych sprawach, są żarty, śmiejemy się. Jest późno, a małżeństwo siedzi i "sprawy załatwia" dość długo, starszy pan przypomina, że odgrażała się, że załatwi wszystkie. Pacjenci ustalają, kto wejdzie przed kim, ponieważ jedna z osób czeka już drugą godzinę, a pani doktor wyznaczyła teraz kolej pani bez nóg.
- Pan ze mną wejdzie, ja będę krótko, tylko z wynikami - mówi pogodnie - Widzę, że pan schorowany.
Robi się jakoś tak rodzinnie. Koleżanka wraca z kartą. Mogłam iść, ale pani bez nóg opowiada o swoim wypadku. Po drugiej amputacji. Przejeżdżała przez ulicę i koło wózka wpadło jej w torowisko tramwajowe. Wózek stracił równowagę, ona upadła, uderzając czołem o szyny. Ludzie omijali ją szerokim łukiem, ktoś zawołał:
- Nie ruszaj, on pijany!
Ale ktoś inny zignorował tę uwagę, odwrócił ją, zapytał, czy słyszy, wezwał pomoc.
Dlatego ona nie ma uprzedzeń, nie ma żalu do nikogo, ponieważ spotkało ją od ludzi wiele dobrego. Od tego człowieka na przejściu dla pieszych, od pani doktor i od księdza, który pracuje w hospicjum. I od innych też. Schorowana (rak z przerzutami), bez nóg, ale empatyczna i z wielkim sercem. Gdybym miała wtedy namalować anioła, miałby jej twarz, krótko ostrzyżone włosy jak ona i wózek inwalidzki zamiast skrzydeł.
Jej historia przypomniała mi inną, której trochę się wstydziłam. Ale tylko trochę. Wracałam do domu bladym świtem z pracowni. Pod ławką leżał człowiek. Wiecie, Praga, te klimaty ;) Miałam przejść obok, ale na wszelki wypadek zapytałam:
- Czy coś się panu stało? Czy pan źle się czuje?
Poruszył się, powoli odwrócił głowę w moją stronę.
- Eeeeyyy, niiiee... szszyssstko wposzodku...
Już miałam odejść ("No tak, wiedziałam!"), gdy:
- Ale dźsiękuję, że pani spytała... - dodał całkiem przytomnie, z wysiłkiem koncentrując wzrok na mojej twarzy.
Czasami widuję go na tej samej ławce. Zawsze mi się kłania.
W poczekalni u lekarza.
Przyszłam z koleżanką, która nie mieszka w stolicy, a potrzebowała wsparcia medycznego od lekarza godnego zaufania. Nie wiadomo, czy pani doktor przyjmie, bo full itd. Proszę zapytać, wtedy założymy kartę. Wyłapujemy na bocznej klatce schodowej panią doktor, którą widziałam dwa razy w życiu, lecz wiem, że do niej można mieć zaufanie - ale mnie nie rozpoznaje, w dodatku razem z nią przychodzi starsza pani o kulach. Na krzesełkach siedzą oprócz nas: starsza pani z astmą, małżeństwo: on bez nogi, ona monologująca o cenach i zdrapkach z Biedronki lub głośno rozmawiająca przez telefon, a następnie relacjonująca współmałżonkowi rozmowy z poszczególnymi członkami rodziny; starszy pan; pani w średnim wieku, a na wózku jeszcze jedna pani w średnim wieku, schorowana i bez nóg. Przybywa ostatnia, a pierwsze słowa jakie wypowiada, kieruje do małżonka pani od Biedronki:
- Jak pan sobie radzi? Ja po pierwszej amputacji długo nie mogłam dojść do siebie...
Cichy małżonek milczy, ale widać wdzięczność w jego oczach, że ktoś zainteresował się wreszcie nim, a nie zdrapką czy promocją. Małżonka zaaferowana rozmową nic nie zauważyła.
Ktoś chce wejść bez kolejki do pani doktor, robi się wielka afera, człowiek człowiekowi wilkiem, pani od Biedronki odgraża się, że wejdzie razem z tą osobą i nie wyjdzie. Ponieważ pani o kulach wchodzi do gabinetu i wychodzi już drugi raz, ona też tak może. Lekarka wychodzi i spokojnie wyjaśnia, że pacjentka jest poważnie chora i czekać nie mogła, a potrzebne są jej wyniki z poradni specjalistycznej. Pani od biedronkowych promocji prowadzi dalej monolog pełen pretensji, koleżanka mówi coś, że niektórzy są jak bomba, która nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Pytam delikatnie osobę, której kolej nadchodzi, czy mogę wejść zapytać tylko, czy pani doktor koleżankę przyjmie. Zgadza się, ale wraca pani o kulach i wchodzi z pacjentem do gabinetu. Biedronka szydzi: "Mogła pani wejść razem z nimi, a teraz to już pani poczeka aż ja wszystkie swoje sprawy załatwię. " I coś jeszcze o tym, jak to niektórzy nie wiedzą, jak się zachować u lekarza.
Pani bez nóg szepcze cicho: "Niech pani wejdzie razem z tą bombą, pani doktor na pewno się zgodzi".
Wchodzę - oczywiście zgoda jest, ale koleżanka musi czekać, aż wszyscy zapisani pacjenci zostaną przyjęci.
Czekam, aż koleżanka założy sobie kartę, a w poczekalni wyraźne rozluźnienie. Rozmawiamy o różnych sprawach, są żarty, śmiejemy się. Jest późno, a małżeństwo siedzi i "sprawy załatwia" dość długo, starszy pan przypomina, że odgrażała się, że załatwi wszystkie. Pacjenci ustalają, kto wejdzie przed kim, ponieważ jedna z osób czeka już drugą godzinę, a pani doktor wyznaczyła teraz kolej pani bez nóg.
- Pan ze mną wejdzie, ja będę krótko, tylko z wynikami - mówi pogodnie - Widzę, że pan schorowany.
Robi się jakoś tak rodzinnie. Koleżanka wraca z kartą. Mogłam iść, ale pani bez nóg opowiada o swoim wypadku. Po drugiej amputacji. Przejeżdżała przez ulicę i koło wózka wpadło jej w torowisko tramwajowe. Wózek stracił równowagę, ona upadła, uderzając czołem o szyny. Ludzie omijali ją szerokim łukiem, ktoś zawołał:
- Nie ruszaj, on pijany!
Ale ktoś inny zignorował tę uwagę, odwrócił ją, zapytał, czy słyszy, wezwał pomoc.
Dlatego ona nie ma uprzedzeń, nie ma żalu do nikogo, ponieważ spotkało ją od ludzi wiele dobrego. Od tego człowieka na przejściu dla pieszych, od pani doktor i od księdza, który pracuje w hospicjum. I od innych też. Schorowana (rak z przerzutami), bez nóg, ale empatyczna i z wielkim sercem. Gdybym miała wtedy namalować anioła, miałby jej twarz, krótko ostrzyżone włosy jak ona i wózek inwalidzki zamiast skrzydeł.
Jej historia przypomniała mi inną, której trochę się wstydziłam. Ale tylko trochę. Wracałam do domu bladym świtem z pracowni. Pod ławką leżał człowiek. Wiecie, Praga, te klimaty ;) Miałam przejść obok, ale na wszelki wypadek zapytałam:
- Czy coś się panu stało? Czy pan źle się czuje?
Poruszył się, powoli odwrócił głowę w moją stronę.
- Eeeeyyy, niiiee... szszyssstko wposzodku...
Już miałam odejść ("No tak, wiedziałam!"), gdy:
- Ale dźsiękuję, że pani spytała... - dodał całkiem przytomnie, z wysiłkiem koncentrując wzrok na mojej twarzy.
Czasami widuję go na tej samej ławce. Zawsze mi się kłania.
Dobrze poczytać o szczypcie dobra. Dobrze to robi człowiekowi, chęć do życia wraca :-) U Łoterlo też bardzo pozytywnie :-)
OdpowiedzUsuńCzasami tak niewiele trzeba zwykłe zapytanie o to czy ktoś się dobrze czuję nawet jeśli "wygląda na pijaka"
OdpowiedzUsuńOstatnio miałam taką sytuacje w pracy Wokoło pacjenci siedzą czekają na zabiegi... jedna Pani leży na kszsełkach wszyscy patrzą a nikt nie podsedł nie zapytał co się dzieje wiec ja podeszłam zapytałam pani była mi wdzięczna za zainteresowanie
Zaraz się to naprawi, czyli zepsuje. Przesz nie będziemy tak na jednych falach nadawać ;)
OdpowiedzUsuń