Dar Natury
Z wielu powodów natura kojarzy się z kobietą. Nie bałabym się nawet wysunąć tezy, że Natura to archetyp kobiety, najważniejsze kobiece bóstwo znane od czasów... od wszechczasów. Mało tego - Natura, to Matka, ale również to wszystko, co żyje i się odradza. Można na łonie natury wypocząć, można z natury czerpać, do natury powrócić. Natura, wnosząc z powyższego, jest źródłem samych korzyści (no chyba że ... jest przewrotna ;-) ). I ja dzisiaj o tych korzyściach właśnie. Archetypicznych. Czyli o matce. O mojej mamie, jej mamie, mnie-mamie.
Choćby ktoś nie wiem jak się upierał, do kobiety należy ostatnie słowo. Do kobiety-matki zwłaszcza. Zawsze. Nawet, gdy go nie wypowie. Jest to prawo powszechne i niezbywalne. I nie zawaham się go użyć.
Wyrastałam w środowisku, gdzie ze zdaniem seniorki rodu, czyli mojej babci, liczyli się wszyscy. Nie było lekko. Nie jest do dziś. Nikt ideałem nie jest, w związku z czym, po pierwsze, gdy rozsądek podpowiadał, że wyrocznia może się mylić, należało wziąć sprawy w swoje ręce, licząc się z faktem, że się baty zbierze. Po drugie, wyrocznia nie jechała na opinii, lecz dbała o samokształcenie i z czasem mogła zdanie na dany temat zmodyfikować, co dawało pewne (choć znikome) pole manewru oraz nadzieję. Po trzecie, żeby zetrzeć się z wyrocznią należało mieć silną motywację i dobrze wykształcony aparat argumentacji lub sojuszników zdolnych przeciwstawić się wyroczni. Po czwarte, z uwagi na bystrość umysłu wyroczni osobniki wykazujące tendencje lizusowskie były z góry skazane na rychłe zdemaskowanie. Po piąte, dla wyroczni zgoda, pozytywne relacje i jednomyślność w rodzinie były najwyższym dobrem. W konsekwencji powstałam jako produkt środowiska: stanowczy (ale nie kłapiący szczęką bez potrzeby), uparty ("a ja i tak swoje wiem"), znający prawa i obowiązki, dostrzegający wady i zalety układu . Nie tylko tego jednego, zresztą.
Pewnej wakacyjnej nocy cudownie przedłużająca się rozmowa z moją mamą ujawniła jeszcze jedną ważną rzecz: nie było mi łatwo jako dziecku, ale wcale tego nie żałuję. Wiele jej zawdzięczam. Podobnie jak dla całej rodziny seniorka rodu, czyli babcia, mama była w naszej pięcioosobowej rodzinie najwyższą instancją. Sprzeciwiając się jej, nie walczyłam z nią, tylko o siebie. Wypłakując się w poduszkę na niesprawiedliwość świata, szukałam rozwiązań, które pozwolą mi się uniezależnić. Jednocześnie, nigdy nie byłam sama. Miałam niezawodnych sojuszników, jednoczących się w obliczu wspólnego "wroga". Tak, pozytywne relacje między rodzeństwem, podkreślane przez rodziców ("wszyscy jesteście jednakowo ważni") przetrwały wiele prób.
Dzisiaj, po wielu latach, w dalszym ciągu uważam, że jeżeli czegoś w życiu nie osiągnęłam, to dlatego, że uznałam, że nie jest warte zachodu. Na wielu polach wciąż walczę. I nigdy za swoje niepowodzenia nie obwiniam rodziców.
Podsumowując - NATURALNY porządek świata jest taki, że pewnym prawom podporządkować się trzeba. Dzieci, panowie - to ja mówiłam, Matka.
DOBRE!!!
OdpowiedzUsuńA na zdjęciu wszystkieście przecudne. Aż mnie w dołku ścisnęło, że nie mam takiego.
Tak, to była chwila natchnienia, na działce u babci, 20 lat temu. Poprosiłam tatę, żeby zrobił nam zdjęcie - czterem pokoleniom. Cztery najstarsze. Każda ma rodzeństwo.
OdpowiedzUsuń