TEŻ RODZINKA I TEŻ .PL

Awaria laptopa ma swoje pozytywne strony. Szczególnie, gdy laptop ów jest podstawowym narzędziem pracy. I gdy jego brak, jak każda sytuacja ekstremalna, wymaga natychmiastowego podejmowania decyzji w sprawach bardzo istotnych. Nie po raz pierwszy okazuje się, że rodzina to bardzo przyjazna społeczność.  A brak laptopa daje szanse spojrzenia na życie od innej strony.

 

Po pierwsze praca. Jak jej nie było, tak nie było, a gdy się znalazła, to w kilku źródłach. Mama szóstki miota się między jednym a drugim. Druga praca jest zdalna - bez sprzętu ani rusz.  Komp-emeryt charczy. Laptop starszego gimnazjalisty trochę pomaga. Odzyskiwanie z pamięci haseł do skrzynek pocztowych i stron okazało się niezłym wyzwaniem, ale powiodło się.

 

Po drugie, w tym oderwaniu się od normalności, niespodziewanie odkrywamy jakieś zapomniane zdjęcia i robimy sympatyczną rodzinną sesję wspomnieniową - tym razem zatytułowaną "Londyn 2011". Wychodzą na jaw szczegóły, o których nie wspominaliśmy wcześniej - ani ja, ani towarzyszący mi w podróży najstarszy, a pozostały nam w pamięci, wyryte gdzieś w krótkiej chwili między jednym zdjęciem a drugim.

 

Po trzecie, pozbawiona możliwości robienia codziennej prasówki elektronicznej, dorywam się do jedynego możliwego surogatu, czyli TV. I doznaję olśnienia: większość ludzi, których znam, czerpie wiedzę właśnie stąd. Okazuje się, że nasze latorośle też. Spędzając więcej czasu niż zwykle przed kineskopowym pudłem, razem z młodzieżą doświadczam serialowej papki pt. "Rodzinka.pl" . Przez pierwsze trzy odcinki zaciskam nerwowo zęby, a pościel, na ktorej się wyżywam, wychodzi spod żelazka piękniejsza niż z magla.  Irytuje mnie siedmioletnie sepleniące dziecko, durnowaty, gnuśny i przemądrzały nastolatek oraz prymitywny świeżo upieczony pełnoletni. Próbuję porównywać ich z moją ekipą (nawet wiekowo z grubsza pasuje), ale nijak się nie daje. Myślę, że nasze dzieci, nawet obserwowane z daleka, mimo wszystko są inne, a może tylko mi się tak wydaje? Wstręt budzi ciastowaty tatuś, służący na dwóch łapkach trzem budrysom, gnijącym w pozycji półleżącej przed telewizorem przez większość ekranowego czasu. Chyba byłam mało obiektywna, krytykując naszą głowę rodziny dotychczas. Zdecydowanie nie doceniałam wkładu połowicy w udział w życiu familijnym.

 

Przez kolejne trzy odcinki próbuję samą siebie przekonać, że ekranowa rodzinka to jednak bujda na resorach, bo jak jedna krucha, aczkolwiek konkretna osóbka jest w stanie zarobić na dom (kredyt!), samochód, trójkę leniwych dzieci i głowę rodziny niewiele się udzielającą. Przy następnym jednak rozczulam się nad matką przeprowadzającą poważną rozmowę na drażliwy temat obsikanej deski sedesowej. Nareszcie coś realnego, ha!

 

Radość odkrycia podobieństwa trwa jednak krótko. Jakiś później obejrzany bardziej wnikliwie odcinek (już nie znad deski do prasowania) uświadamia mi, że rzeczywistość telewizyjna nijak się ma do realu: grozę budzą pozapalane wszędzie światła, laptopy, komputery i krocie przelewanej wody. Rodzice dyskutujący na temat rachunków za prąd wyglądają w takim otoczeniu mało wiarygodnie. Wydatki na buty? Ogarnia mnie pusty śmiech - przecież oni WSZĘDZIE jeżdżą samochodem. A mało zdarte buty spokojnie może jeden junior "dziedziczyć" po drugim - kto nie ma dzieci, ten bluesa nie czuje.

 

Musiało minąć trochę czasu, żebym na samą myśl o idiotycznych scenkach serialowych nie dostawała nerwowej wysypki. Dopiero uzmysłowienie sobie, że choć w naszej rodzince dzieci jest dwa razy więcej, to energii elektrycznej i wody zużywa się znacznie mniej, ponieważ wzajemnie przypominamy sobie o oszczędności i staramy sie żyć ekologicznie. Że nasze dzieci znacznie więcej czasu spędzają ze sobą i z nami, rodzicami i lubimy sobie po prostu pogadać na różne tematy, zamiast siedzieć przed ekranem. Że choć nie raz i nie dwa wyrwie nam się w złości nieparlamentarne słowo, to mniejszą ma to szkodliwość niż mało autentyczne przewrócenie oczami - jesteśmy ludźmi a nie TV-projekcją.

 

Dlaczego nie lubisz >Rodzinki.pl< ?- pyta Młodsza, zdziwiona.

Ponieważ życie w rodzinie wygląda inaczej niż na ekranie.

Żal ściska rufę, gdy z różnych powodów kończy się kasa w połowie miesiąca, a oczekiwany przelew się opóźnia, ale nie odstawiamy przecież pokazówki przed kamerą, tylko szukamy fuchy, żeby dorobić, mniej lub bardziej kreatywnie, ocierając się nawet o chałupnictwo i chałturę. Międzypokoleniowa wymiana zdań przynosi czasem nieoczekiwane efekty - trzeźwe spojrzenie dzieci wiele nas uczy. Im też przydaje się realne doświadczanie - nie wyrastają dzięki temu w oderwaniu od rzeczywistości.

 

Ale taka rodzinka to nie sama słodycz, o nie! Minusów jest sporo.  Po pierwsze jesteśmy  zamkniętą społecznością, a im głębsza dziura budżetowa, tym bardziej. Po drugie, zżera nas bałagan i brak czasu. Wystarczy tydzień przerzucenia uwagi na inne sprawy, a mieszkanie zamienia się w jeden wielki syf. Odgruzowywanie trwa tygodniami, a w tak zwanym międzyczasie szkolne życie latorośli trwa dalej: lektury, sprawdziany, prace domowe. Wystarczy czasem jeden dzień nieuwagi i na zebraniach oskarżający wzrok nauczycieli wpija się  jak sztylety.  Ale są i chwile, gdy rumienimy się z dumy, gdy "ciało pedagogiczne" naszą jedną czy drugą latorośl podaje innym za przykład. Życie to nie jakaś stała. To nieustannie zmieniająca się rzeczywistość, wzbogacana o doświadczenia własne i współdzielone. A im więcej jest nas do współdzielenia, tym więcej mamy tych doświadczeń.

 

Ale to jest REAL. Nie TV. Taka z krwi, kości i bałaganu RODZINKA.PL.

Komentarze

  1. Kochana, ja rowniez nie przepadam za rodzinka.pl, jakos tak malo realne mi sie to ich zycie wydaje...

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobnym serialem jest "Ja to mam szczęście". Mnie się bardziej podoba.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie, nie, już seriali mam dość na jakis czas. Wysprzątałam balkon wiosennie, jeszcze drugi na mnie czeka. I mam jeszcze parę zaległych filmów do obejrzenia, czekają cierpliwie. Co ciekawsze odcinki "Rodzinki" oraz "Ja to mam szczęście" relacjonuje mi młodzież. Oni znają oba o_0 . To tylko ja jestem taka matka telewizyjnie niewyedukowana ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

W rankingu

Jeszcze jeden żonkil, czyli ... gdybym znała Kadisz

Szkoła - młódź cierpi na tem