Docieplanie przeziębionych
Mrozy zelżały, śniegi stopniały i przyszedł czas na zimowe wirusy. Wystarczyło kilka dni w szkole czy przedszkolu i czwórka latorośli zaczęła kichać, chrypieć i ogólnie uskarżać się na samopoczucie. Pomimo przedsięwziętych środków zapobiegawczych, pierwszy bój z mikrobami zakończył się fiaskiem. Czosnek, miód, cytryny i sok malinowy okazały się zbyt słabe, więc ruszyłam na osiecz z poleconym przez dobrą znajomą napojem imbirowym.
O tym, że imbir, gdy świeży, świetnie rozgrzewa i nadaje się jako dodatek do napojów i potraw o korzennym smaku wiedziałam od dawna, ale zastosowanie go jako leku na przeziębienie było dość odważnym debiutem. Choć preferuję naturalne środki lecznicze i zwykle wystarczają one w domowych kuracjach, to jednak wszelkiego rodzaju syropki, kropelki i smaczne musujące napoje podaje się dzieciom zdecydowanie łatwiej. Imbir najpierw trzeba było posiekać. Był dość twardy i, oczywiście, łykowaty, więc podziabanie go na sześcianiki mniej więcej 1 mm szesciennego było w moim wydaniu wybitnym osiągnięciem. Zalany gorącą wodą wypełnił kuchnię przyjemnym zapachem. Tak przygotowany napar wlałam do trzech kubeczków, dodałam do nich trochę letniej wody, miodu i soku z cytryny i po paru chwilach dopełniłam gorącą wodą z czajnika.
Teraz należało tajemniczy aromatyczny napój odpowiednio zareklamować trzem synkom tulącym się pod ciepłym kocem na kanapie:
- Chłopcy, mam tu coś pysznego do picia. Wyśmienite lekarstwo, sami sprawdźcie!
Prawie-trzynastolatek rzucił podejrzliwie okiem na zawartość kubeczka i spytał: "Co jest w tej herbacie?"
Jedenastolatek po kilku łykach zrobił nagły wydech: " Hhhhhhhhuuu. Grzeje. Mam to wypić z tymi CHĘCHAMI?"
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, trzylatek, który w tak zwanym międzyczasie wypił duszkiem zawartość swego kubeczka, właśnie wyciągał rzeczone CHĘCHY z buzi i zamaszystym ruchem rączki ustanawiał raz po raz nowy rekord w rzucaniu nimi na odległość.
- Nnno tak, w zasadzie chęchy są tu głównym składnikiem leczniczym - zdobyłam się na odpowiedź. - To imbir.
- Pychaaa - pochwalił moje dzieło duet starszych.
Nie do końca pewna absolutnej skuteczności napoju, postanowiłam zapodać trójce chorujących rutinoscorbin. I tu, okazało się, że zażywanie leku w drażetkach może być równie pełne przygód. Wprawdzie najstarszy z synów połknął swoje bez problemów, ale średni zgubił jedną w tajemniczych okolicznościach. Po kilku minutach nurkowania pod stołem i częściowym zwinięciu dywanu, zaprzestaliśmy poszukiwań. W tym czasie najmłodszy, z usteczkami pokrytymi jadowitą żółcią cytrynową, wyplul kilka kawałków swojej drażetki i skrzywiony poprosił:
"Nie dawaj mi więciej tej klopećki. Ona jeśt... nieładna."
Wieczorem jednak okazało się, że chłopcy czują się zdecydowanie lepiej. I sama nie wiem, co podziałało - imbirowy napój, rutinoscorbin czy ubaw, który mieliśmy przy zażywaniu lekarstw :)
A teraz idę znów podziabać imbir. Dla córeczki, która, choć przeziębiona, dzielnie zmaga się z katarem i poprawia szkolne statystyki i klasową średnią.
O tym, że imbir, gdy świeży, świetnie rozgrzewa i nadaje się jako dodatek do napojów i potraw o korzennym smaku wiedziałam od dawna, ale zastosowanie go jako leku na przeziębienie było dość odważnym debiutem. Choć preferuję naturalne środki lecznicze i zwykle wystarczają one w domowych kuracjach, to jednak wszelkiego rodzaju syropki, kropelki i smaczne musujące napoje podaje się dzieciom zdecydowanie łatwiej. Imbir najpierw trzeba było posiekać. Był dość twardy i, oczywiście, łykowaty, więc podziabanie go na sześcianiki mniej więcej 1 mm szesciennego było w moim wydaniu wybitnym osiągnięciem. Zalany gorącą wodą wypełnił kuchnię przyjemnym zapachem. Tak przygotowany napar wlałam do trzech kubeczków, dodałam do nich trochę letniej wody, miodu i soku z cytryny i po paru chwilach dopełniłam gorącą wodą z czajnika.
Teraz należało tajemniczy aromatyczny napój odpowiednio zareklamować trzem synkom tulącym się pod ciepłym kocem na kanapie:
- Chłopcy, mam tu coś pysznego do picia. Wyśmienite lekarstwo, sami sprawdźcie!
Prawie-trzynastolatek rzucił podejrzliwie okiem na zawartość kubeczka i spytał: "Co jest w tej herbacie?"
Jedenastolatek po kilku łykach zrobił nagły wydech: " Hhhhhhhhuuu. Grzeje. Mam to wypić z tymi CHĘCHAMI?"
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, trzylatek, który w tak zwanym międzyczasie wypił duszkiem zawartość swego kubeczka, właśnie wyciągał rzeczone CHĘCHY z buzi i zamaszystym ruchem rączki ustanawiał raz po raz nowy rekord w rzucaniu nimi na odległość.
- Nnno tak, w zasadzie chęchy są tu głównym składnikiem leczniczym - zdobyłam się na odpowiedź. - To imbir.
- Pychaaa - pochwalił moje dzieło duet starszych.
Nie do końca pewna absolutnej skuteczności napoju, postanowiłam zapodać trójce chorujących rutinoscorbin. I tu, okazało się, że zażywanie leku w drażetkach może być równie pełne przygód. Wprawdzie najstarszy z synów połknął swoje bez problemów, ale średni zgubił jedną w tajemniczych okolicznościach. Po kilku minutach nurkowania pod stołem i częściowym zwinięciu dywanu, zaprzestaliśmy poszukiwań. W tym czasie najmłodszy, z usteczkami pokrytymi jadowitą żółcią cytrynową, wyplul kilka kawałków swojej drażetki i skrzywiony poprosił:
"Nie dawaj mi więciej tej klopećki. Ona jeśt... nieładna."
Wieczorem jednak okazało się, że chłopcy czują się zdecydowanie lepiej. I sama nie wiem, co podziałało - imbirowy napój, rutinoscorbin czy ubaw, który mieliśmy przy zażywaniu lekarstw :)
A teraz idę znów podziabać imbir. Dla córeczki, która, choć przeziębiona, dzielnie zmaga się z katarem i poprawia szkolne statystyki i klasową średnią.
Komentarze
Prześlij komentarz