"08/15" - znowu to samo?

Mąż zza granic powrócony szczęśliwie, przebąkuje coś o emigracji. Ale że Chorwacja? Musiała go rzeczywiście zachwycić: nocą sprawdzał ceny wynajmu domków na wakacje. 

Ja oddałam się lekturze papierowej. Kirst mnie urzekł. Wprawdzie czytając wciąż jeszcze widzę (i słyszę) sceny z filmu, ale to w pewnym momencie minie. Styl pisarza jest mi bardzo bliski. Gdyby moja profesor od niemieckiego ćwierć wieku temu kazała mi nauczyć się dialogu z powieści w oryginale na zaliczenie, nie odmówiłabym tak twardo i hardo. To były czasy, gdy język niemiecki nie przechodził mi przez gardło i już. Z jednym wyjątkiem.

"Null-acht-funfzehn" to idiomatyczne wyrażenie oznaczające "znowu to samo" lub "według starego schematu". Bezpośrednio odnosi się do wzoru karabinu maszynowego typu Maxim, który wprowadzono do wyposażenia armii niemieckiej, pozornie dwukrotnie go unowocześniając - najpierw w roku 1908, a następnie w 1915. Pozornie - ponieważ pomimo wprowadzonych zmian konstrukcja pozostała taka sama... Ale Kirst posłużył się symbolem broni dla nakreślenia specyficznego obrazu militaryzmu i szowinizmu Niemców, które w rzeczywistości nie były niczym nowym w czasach Hiltera. 

Film zrealizowany na podstawie powieści zmienił całkowicie mój młodzieńczy światopogląd. Odkrywszy, że Niemcy bywają ludźmi dowcipnymi, wrażliwymi, szlachetnymi, oglądałam go z zachwytem i nie przeszkadzał mi język, zwykle budzący najgorsze skojarzenia. Po wielu latach uzmysłowiłam sobie, że były w moim życiu trzy momenty, kiedy język zachodnich sąsiadów nie budził we mnie obrzydzenia: 1. Kiedy oglądałam "08/15"; 2. Kiedy byłam w Austrii (tam niemiecki brzmi inaczej); 3. Kiedy Kohl przepraszał. Niedawno doszedł jeszcze jeden: 4. Kiedy oglądałam "08/15" po raz drugi.

Jutro mój Gimnazjalista będzie pisał część językową egzaminu: z angielskiego i niemieckiego. Zdałam sobie sprawę, że choć niemiecki nie jest ulubionym językiem żadnego z szóstki, nie przekazałam dzieciom nienawiści do języka. Ani do zachodnich sąsiadów. I wierzcie mi - uważam to za wielki rodzicielski, a nawet obywatelski sukces. Mimo rozmów przy kuchennym stole o historii, o germanizacji, o rozbiorach, o wojnach, o niemieckiej okupacji. Mimo doświadczeń rodzinnych, o których jeszcze nie jestem gotowa tu napisać. Potrzeba było aż dwóch pokoleń, żeby na historię spojrzeć na nowo... Potrzeba jeszcze wiele, żeby zrozumieć, że budowanie na emocjach (złych czy dobrych) ani na kontrastach niczego dobrego nie przyniesie.

Komentarze

  1. A ja niemiecki bardzo lubię. Poważnie. Jest niezwykle uporządkowany i logiczny, logiczne są nawet wyjątki :) A w wersji austriackiej rzeczywiście brzmi lepiej (uczył mnie Austriak).

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie uczyła bardzo wymagająca Polka, która długo mieszkała w Niemczech. Dzięki jej staraniom i żelaznej konsekwencji ja po ćwierćwieczu rozbratu z tym językiem wciąż potrafię niemiecki zrozumieć oraz posługiwać się nim w piśmie - ale ćśśśś - nie przyznaję się :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz